Gdy napastników jest zbyt wielu…

Trzy dni temu przeżyłem najgorsze chwile podczas całej wyprawy. Nawet będąc w oku cyklonu na zachodnim wybrzeżu Japonii – gdzie nagłe porywy wiatru miotały mną jak lalką, a także podczas trzęsienia ziemii o sile 7,4 w Tokio – gdy w środku nocy jeździłem wraz z łóżkiem przez prawie minutę, nawet gdy leżałem obsrany i obrzygany w rowie w Indiach, nawet gdy się w końcu podniosłem i walnął mnie autobus, nawet leżąc w szpitalu wśród umierających wokół mnie na gruźlicę – nie czułem się tak ogarnięty paniką, tak bezbronny, tak bez żadnych szans, jak dwa dni temu o poranku, przy granicy z Birmą…

Po drugiej stronie rzeki Birma

Po drugiej stronie rzeki Birma. Okulary niedługo stracę…

Górzysta północ Tajlandii. Tutaj droga 105 z Mae Sot do Mae Sariang

Górzysta północ Tajlandii. Tutaj droga 105 z Mae Sot do Mae Sariang.

Wraz z miejscowością Tak, właśnie tak, a nie inaczej, kończy się płaska Tajlandia, a zaczyna kraina całkiem odmienna, do tej pory nieznana. Wraz z górami zaczęły się nieregularne deszcze. Pierwszy dopada mnie podczas morderczego podjazdu i w parę chwil moczy mnie kompletnie. Dociera do mnie jaka jest pora roku (deszczowa) i dlaczego widuję tak niewielu białych i żadnych rowerzystów. Dopełzam do Mae Sot, gdzie odnajduję jeden z najtańszych hoteli i w recepcji płacę za dwie noce w pokoju bez klimatyzacji. Na nizinie to byłby głupi błąd, ale tutaj panuje chłodniejszy klimat, a noce są bardziej znośne. Mae Sot to punkt graniczny. Podczas szybkiego rozeznania w topografii miasta szybko uderza mnie różnorodność etniczna. Tajowie wydają się należeć do mniejszości. Mijane twarze kojarzę z Birmą, Indiami, Nepalem, Azją środkową. Widuję niemało białych. Mnie tymczasem najbardziej interesują Karenowie…

Pokryte strzechą domy w wiosce Karenów. Dystrykt Tha Song Yang.

Pokryte strzechą domy w wiosce Karenów. Dystrykt Tha Song Yang.

Lokalne "Rodeo" obok jaskini Mae Usu.

Lokalne „rodeo” obok jaskini Mae Usu.

Wioska w pobliżu jaskini Mae Usu.

Wioska w pobliżu jaskini Mae Usu.

Karenowie to własny język i odrębna mentalność. Niestety tylko ziemi nie mają własnej – w Mjanmie (wcześniej Birmie) cała ziemia, a także co jest nad nią i pod nią, należy do państwa. Trudno oszacować ich liczebność, oficjalne dane są niepewne. Najwięcej żyje we wschodniej Mjanmie, zdaniem rozmaitych autorów ich populacja liczy tam od 3,5 do 7 milionów. Podczas, gdy ponad 80% Birmańczyków to buddyści, duża część Karenów (szczególnie ich przywódcy) deklaruje się jako chrześcijanie – baptyści lub katolicy. Odmienność etniczna, kulturowa i religijna ściągnęła na nich prześladowania. Gwóźdź do trumny przybiło stawienie się za Anglikami podczas kolonizacji. Karenowie im zaufali, a gdy przyszła moda na dekolonizację, Anglików już nie było…

Chudy uczeń w małej pagodzie, gdzieś w okolicy Pyay. Mnisi mnie ugościli, ale policja nie pozwoliła mi tam spać.

Chudy uczeń w małej pagodzie, gdzieś w okolicy Pyay. Mnisi mnie ugościli, ale policja nie pozwoliła mi tam spać.

Ostatni Rambo

Przed paru laty Sylvester Stallone poszukiwał tematu do swego najnowszego filmu o przygodach superkomandosa Rambo. Zapytał ekspertów, w którym kraju dochodzi do najbardziej drastycznych przypadków łamania praw człowieka, przemilczanych przez światowe media. Znawcy tematu byli wyjątkowo zgodni – wszyscy wskazali na Birmę i na realizowane tam ludobójstwo Karenów. Filmowy heros ruszył tedy z odsieczą chrześcijańskim misjonarzom pojmanym przez birmańskich żołdaków. John Rambo został zakazany w Birmie, a plakaty z podobizną tytułowego bohatera pojawiły się w kwaterach kareńskich partyzantów.

W sensacyjnym obrazie nie brakło realistycznych wątków. Obok przygodowej fabuły, zaprezentowano też autentyczne zdjęcia z pacyfikacji kareńskich wiosek. Wśród aktorów i statystów znaleźli się uchodźcy z obozów w Tajlandii. Życzliwie pokazano pomoc duszpasterską i humanitarną, jaką niosą dzielnym góralom chrześcijańscy misjonarze z Zachodu. Wreszcie sam Rambo, występujący z bronią w ręku w obronie wyznawców Chrystusa, również miał swych odpowiedników w rzeczywistości. Przez szeregi powstańców przewinęła się pewna liczba cudzoziemskich ochotników (przez reżim zwanych „najemnikami”) –  z Francji, Wielkiej Brytanii, Szwecji, USA, Australii, Indonezji.

Gdzieś w okolicy Magwe tubylcy mnie nakarmili, a twarz umalowali Thanaką jak samych siebie.

Gdzieś w okolicy Magwe tubylcy mnie nakarmili, a twarz umalowali Thanaką jak samych siebie.

Stallone chciał zwrócić uwagę społeczności międzynarodowej na dramat ginącego narodu. Udało mu się dostatecznie. Świat nadal woli oglądać Birmę przez pryzmat kolorowych folderów biur podróży. Jeżeli już ktoś zauważy sytuację wewnętrzną „kraju tysiąca pagód”, to bardziej wystąpienia birmańskiej opozycji demokratycznej czy okresowe spory między generalicją a buddyjskim duchowieństwem. Laureatka pokojowej nagrody Nobla i wielbiona męczennica narodowa Aung San Suu Kyi rządzi krajem od kwietnia 2016 roku i szybko okazała się jednak NIE być matką dla wszystkich Birmańczyków. Eksperci zarzucają jej „legitymowanie ludobójstwa” innej mniejszości – Rohingya*, słychać głosy rządające odebrania Nobla. Wybijanie mniejszości narodowych nie obchodzi prawie nikogo, a rząd Birmy robi wszystko, aby świat nie wyciągał trupów z ich szafy. Jadąc przez Birmę wzdłuż rzeki Irawadi pewnego dnia postanowiłem ją przekroczyć. Znalazłem się wtedy w stanie Arakan zamieszkiwanym przez lud Rohingya. Gdy zauważyłem, że jestem śledzony postanowiłem zrzucić ogon i schować się w lesie. Po trzech godzinach mnie znaleźli. Było ich piętnastu: policja, urząd do spraw cudzoziemców, lokalne władze. Piętnastu – liczyłem trzykrotnie. Kazali zwinąć namiot i eskortowali do najbliższego posterunku. Dopiero wiele miesięcy później zdam sobie sprawę czego miałem nie widzieć.

Wiedziałem, że w końcu się obróci, więc czekałem...

Karen. Wiedziałem, że w końcu się obróci, więc czekałem…

Świat o tym niewiele mówi, bo po pierwsze świat jest bardziej pochłonięty cenami ropy – taka smutna prawda, a po drugie Karenowie (jak i pozostałe mniejszości Birmy – to skomplikowany temat, bowiem Birma liczy 135 znanych mniejszości) to ludzie już doświadczeni w cierpieniu, a przy tym niezwykle dumni. Cierpią w ciszy. Mrożące krew w żyłach historie usłyszymy od wolontariuszy pracujących w organizacjach pozarządowych, podczas gdy na twarzach ludzi skrywających te historie dostrzeżemy co najwyżej zahartowanie i szorstkość w obyciu.

Pagoda w Zigon. W drodze do Pyay.

Pagoda w Zigon. W drodze do Pyay. Co kryją te oczy?

Major Suwit dowodzący komisariatem w nizinnym Kamphaeng Phet ostrzegał mnie przed jechaniem wzdłuż granicy z Birmą. Władał bardzo słabym angielskim i zrozumiałem jedynie niebezpieczeństwo. Myślałem, że chodzi o zwiększoną ilość przestępstw, a dokładniej kradzieży i rabunków. Mnie jednak nie interesowała inna droga niż ta, którą wybrałem. Mam gaz łzawiący, schowam pieniądze, zachowam ostrożność – myślałem. W najśmielszych scenariuszach nie spodziewałem się, że zagrożenie nadejdzie z powietrza, a napastników będzie tak wielu. Słów miłego majora Suwita nie zlekceważyłem. Przed opuszczeniem Mae Sot wybrałem się na posterunek zasięgnąć języka. Zwiększona przestępczość? Tutaj? Nie mamy żadnych doniesień. Może pan spokojnie jechać – usłyszałem, więc pojechałem…

Policja Cię kocha. W Tajlandii trudno się z tym nie zgodzić.

Policja Cię kocha. W Tajlandii trudno się z tym nie zgodzić.

Nazajutrz opuszczam Mae Sot, chociaż go wcale opuszczać nie chcę. Kocham Birmańczyków, a każde spotkanie z tymi skromnymi ludźmi uważam za przywilej. Wkrótce muszę jednak opuścić Tajlandię, bo każdy dzień przekroczenia wizy kosztuje 500 baht i wiąże się z ryzykiem wpisania nazwiska na czarną listę przyjezdnych. Mam dwa tygodnie i około tysiąca kilometrów przez góry, więc jadę. Z pośpiechu nie próbuję lokalnego przysmaku – Roti Ong. Placki roti już znam z Malezji, ale tu są pieczone na ścianach ceramicznego pieca. Nie ma wyjścia – muszę tu kiedyś wrócić. Tyle, że kupiłem sobie oryginalne birmańskie longyi w ulubionym wzorze – to już moje trzecie.

Przyszli mnisi i ja w ulubionym longyi.

Przyszli mnisi i ja w ulubionym longyi.

Idzie dość gładko. Wiozę mniej rzeczy, bo zbędne zostawiłem w Bangkoku. Waga jest więc w porządku, chociaż przy podjazdach zawsze by się chętnie czegoś pozbyło. Kilometry lecą, tylko deszcz potrafi się zjawić niespodziewanie i przetrzymać w nieciekawym miejscu do zmroku. Bywa, że jadę w deszczu, po zmroku, byle by dojechać do zaplanowanego noclegu, gdzie się umyję, zjem i napełnię butelki wodą zdatną do picia, bo z wygody na drogę zabieram jedynie dwa litry. Stosując się do instrukcji koleżanki na nocleg wybieram wioskę Ban Tha Song Yang. Rzeczywiście magiczne miejsce. Zadaszony taras wiszący nad rzeką nieopodal posterunku policji, dostęp do prysznica. Po drugiej stronie rzeki Birma i jej białe stupy niczym pionki szachów, które opuściły planszę do gry, a następnie się pogubiły w dżungli. Nad nimi skały chowające głowy w chmurach. Słychać jedynie plusk wody, szum wiatru, cykady i gekony. Nic nie zapowiada koszmaru, który mnie czeka o poranku…

Ban Tha Song Yang

Nocleg nieopodal posterunku w Ban Tha Song Yang

Ze spokojnego snu wybudza mnie dźwięk motorówki. Medytuję przez pół godziny, po czym zwijam namiot i jadę napełnić żołądek. Kochana kobieta w jadłodajni w ogóle mnie nie rozumie więc idę za nią do kuchni. Po chwili siedzę przy stole jedząc ryż, zieleninę skropioną limonką oraz jajecznicę. Żołądek syty i jelita szczęśliwe. Płacę 40 bahtów i dziękuję składając ręce, patrząc w oczy i uśmiechając się. Zakładam spodenki rowerowe, buty wpinane w pedały, przecieram okulary, nakładam krem z filtrem. Przez odjazdem fotografuję małą dziewczynkę, która patrzy się na mnie… sam nie wiem jak…

W spojrzeniu tej dziewczynki coś jest. Może ostrzeżenie, które zlekceważyłem?

W spojrzeniu tej dziewczynki coś jest. Może ostrzeżenie, które zlekceważyłem?

Mijając punkt kontrolny przy wjeździe do wioski macham policjantom na pożegnanie. Zostawiam Ban Tha Song Yang w tyle. Kilometr, dwa, zaczyna się podjazd, trzy. Droga jest bardzo spokojna. Jeden samochód lub skuter raz na parę minut. Mając cała drogę dla siebie ćwiczę kadencję jadąc zygzakiem. Zanim pot spłynie mi do oczu wycieram go rękawkiem koszulki. Myślę o pytonach. Ostatnio światem podróżników rowerowych wstrząsnęła wiadomość o siedmiometrowym gadzie, co zjadł pracownika plantacji palmowej. Film z rozcinania węża można zobaczyć tutaj. Innego tym razem ośmiometrowego pytona na plantacji palmowej można zobaczyć tutaj. Jak widać te gadziny monstrualnych rozmiarów upodobały sobie plantacje palmowe, podobnie jak … podróżnicy rowerowi. Sam spałem na niejednej plantacji w Indonezji i Malezji i wiem kogo tam można spotkać. Myśląc o niebezpiecznych zwierzętach mówimy o wężach, niedźwiedziach i krokodylach, a tymczasem…

Waran, już nie niebezpieczny - przy plantacji palmowej na północy Malezji.

Waran, już nie niebezpieczny – przy plantacji palmowej na północy Malezji. Widywałem jednak żywe i większe!

Do szczytu podjazdu zostało mi jakieś 50 metrów, gdy coś mnie gryzie w plecy. Ot końska mucha – zdarza się. Strząsam koszulkę i pedałuję dalej. Drugie ugryzienie w plecy – AU! To jakaś wredna mucha. AU!! Zauważam, że to nie jeden owad, ale dwa albo trzy się uwzięły. Przyspieszam aby im uciec. Do szczytu wzgórza 40 metrów AUU!!! Przy trzecim ukłuciu – zauważam rozmiar napastników gdy przelatują przede mną. To nie końskie muchy, to SZERSZENIE!!! I nie trzy a dziesięć albo dwadzieścia, nie ważne ile, bo jeden to zbyt wiele! Szybko! Byle do szczytu wzgórza, wtedy przyspieszę, a jadąc z górki 60 km/h może je zgubię – AUUU!!! Jeden użądlił mnie w ucho – zmiażdżyłem go w palcach i przyjrzałem mu się pobieżnie. Bydle wielkie na 3 cm! Krzyczę, odganiam je rękami, pedałuję co sił w nogach – AUUU!!! Nie dam rady, one mnie już oblazły, jeden wleciał w szparę w kasku, inny pod koszulkę – zgniotłem go, trzeci próbuje wejść pod okulary – NIEE!!! Tylko nie oczy! Wyję z bólu, zrzucam okulary na asfalt, zeskakuję z roweru na poboczu… AUUU!!!!!!

Jeden z obrazów w kawiarni Wisdom Field. Skąd mogłem wiedzieć, że przedstawia mnie samego dzień później?

Jeden z obrazów w kawiarni Wisdom Field nieopodal Mae Sot. Skąd mogłem wiedzieć, że fotografuję samego siebie dwa dni później?

W tej chwili tracę już całkowicie panowanie nad sobą. To co robię musi przypominać taniec kompletnego szaleńca. Rzucam się w konwulsjach po środku drogi aby nie dać im szansy na mnie usiąść. Zrzuciłem już okulary i kask, co mam zrobić? Krzyczę wniebogłosy, zdzieram gardło, jestem przerażony. Co mam robić?! Gdzie się schować? Jedyna droga ucieczki to zostawić rower i wsiąść do jakiegoś samochodu – AUUU!!! Jednego bydlaka ściągam z brody. Czy ja to przeżyję?! Już poczułem z osiem użądleń, a co z tymi, których nie poczułem i ile razy mnie jeszcze użądlą?!!! AUUU!!!! Tym razem udo…

Nadjeżdża pickup ze ściemnionymi szybami. Błagam żeby się zatrzymał – widzi przecież co się dzieje. Zatrzymuje się parę metrów dalej. Zostawiam wszystko i biegnę do drzwi pasażera. Szarpię za klamkę – zamknięte. JAJA SOBIE ROBISZ?! OTWIERAJ!!! Pomocy!!! AU!!! Kolejny raz plecy. Szarpię za klamkę kolejny raz – nadal zamknięte. Ledwo widzę kierowcę przez ściemnione szyby, ale widzę, że pokazuje mi tył samochodu. Wtedy dociera do mnie, że chce abym wskoczył na pakę. AUU!!! Moja łydka!!! Wskakuję na pakę, a samochód rusza z piskiem opon. AUU!!! Prawe ramię – zabijam bydlaka i rzucam na podłogę. Jedziemy ze 100 km/h, już nas nie gonią inne szerszenie, więc po kolei łapię i zabijam te, które mam na sobie. AUU!!! Jeszcze raz plecy, na podłodze trup ściele się gęsto, to już chyba ostatni. Nerwowo łapię się wszędzie, ściągam koszulkę, dobijam te na podłodze. W końcu stwierdzam, że jestem bezpieczny. Przynajmniej chwilowo…

W minutę jesteśmy przy punkcie kontrolnym. Kierowca pickupa tłumaczy policjantom co się stało. Boli mnie i swędzi całe ciało. Policjanci wskazują na radiowóz i mówią: hospital, na co ja, że hospital okej, ale najpierw mój bicycle! Zostawiłem wszystko! Paszport, pieniądze, kartę, telefon, aparat, wszystko! Siadam z przodu obok policjanta kierowcy, z tyłu drugi mundurowy. Jedziemy. Serce musi walić w rytmie 180/min, lecz ja tego nie czuję. W chwilę jesteśmy przy rowerze. Spokój, szerszeni ani śladu. Wysiadam i idę w stronę roweru. Słyszę bzzzz więc szybko chowam się w aucie. W jednej chwili cały rój oblega radiowóz. Szerszenie odbijają się od szyb a policjanci aż podskakują ze strachu. Twardziele mi się trafili, nie ma co, ale lepsi tacy niż żadni. Rój przenosi się na rower. Zrobiłbym zdjęcie żeby Wam pokazać, niestety aparat jest w czarnej torbie na kierownicy, która teraz jest czarno-żółta. Dosłownie oblazły cały rower i sakwy! Nic to, najważniejsze, że ja jestem bezpieczny – szerszeniom rower się znudzi. Wyciągam kolejne żądła ze swojego ciała. Pomaga mi w tym policjant siedzący z tyłu. Krzywi się tylko kolejno wyciągając żądła z mojej brody, ucha, tyłu głowy i pleców. Reszty pozbyłem się sam wcześniej.

Nadjeżdża skuter. Kierujący nim mężczyzna widząc rower po jednej stronie drogi i radiowóz po drugiej zwalnia. Policjant kierowca krzyczy, gestykuluje, trąbi, w końcu łapie za mikrofon i krzyczy po tajsku przez megafon – prawdopodobnie: Zawróć! Jedź! Nie zatrzymuj się!!! Za późno. Chmara szerszeni przenosi się z roweru na kierowcę skutera. Nie zapomnę grymasu jego przerażonej twarzy gdy w końcu przyspieszył. Zdąrzyło na nim usiąść osiem, dziesięć szerszeni. Mówię policjantom fire extinguisher! Macie gaśnicę? Dzwońcie po strażaków, to nie żarty! Nie rozumieją jednak ani jednego słowa. Pokazuję – gaśnica – PSZZZZZ! Nic. Jak do słupa. Kochani ludzie, ale do sytuacji zagrożenia życia, bynajmniej takiej sytuacji, kompletnie nieprzygotowani.

Wtedy nadjeżdża kolejny skuter. Tym razem mężczyzna z dwuletnim synkiem na kolanach. BOŻE! Tylko nie dziecko!!! Policjant kierowca włącza syrenę, trąbi i krzyczy przez megafon. Skuter nie reaguje. Dziecko pół-gołe, w samych spodenkach. Niech to, raz się żyje, wybiegnę z radiowozu i przejmę szerszenie na siebie – mam przecież na sobie ich feromony. Rzucą się na mnie, ale już wiem co robić. Łapię za klamkę – zamknięte. KURWA MAĆ!!! PIERDOLONE TCHÓRZE!!! TO PRZECIEŻ DZIECKO!!! ONO TEGO NIE PRZEŻYJE!!! OTWIERAJ TE DRZWI KURWA MAĆ!!! Krzyczę i walę policjanta w ramię. Skuter jest na wysokości roweru, mija nas i … szerszenie go ignorują… Patrzymy wszyscy przez tylną szybę nie dowierzając – ani jeden szerszeń za nimi nie poleciał. Jakiś cud. Policjanci zaczęli się śmiać. You crazy! – mówią do mnie… i wzywają posiłki…

Przyjeżdża kolejny radiowóz. Wysiada z niego policjant i powoli podchodzi do roweru. Spokój. Chyba większość poleciała za tamtym pierwszym skuterem, a reszta się rozeszła, lub raczej rozleciała. Drugi policjant wysiada i we dwóch ładują mój rower na pakę. Nikt nie słucha moich protestów, że chcę to zrobić samemu. Odjeżdżamy paręset metrów dalej. Pytają mnie czy szpital. Mówię, że tak, ale nie w powrotnym kierunku, bo chcę zostawić te skurczybyki raz na zawsze za sobą. Mówią, że w takim razie mam do szpitala 80 km przez góry i nie mogą mnie tam zawieźć. Proszę żeby podwieźli mnie przynajmniej 5 km od miejsca zdarzenia. Zgadzaja się. Zatrzymują się na parkingu przy innym aucie i zagadują kierowcę. Okazuje się, że jedzie do Mae Sariang (gdzie jest szpital) i mnie zabierze. Po chwili ja i rower jesteśmy na pace wraz z Augustyną, dziewczyną z Argentyny. Opowiadając jej co mi się zdarzyło powoli się uspokajam. Trucizna robi swoje, podobnie jak kręta droga i siedzenie plecami do kierunku jazdy. Z pomocą Augustyny liczę użądlenia. Czternaście. Dwa w ucho, jedno w potylicę, jedno w brodę, dwa w klatkę piersiową, jedno w ramię, jedno w łydkę, jedno w udo, pięć w plecy. Sięgam po apteczkę i biorę dwie tabletki przeciw alergiom. W miejsca użądleń wcieram maść tiger balm, która przyjemnie mnie chłodzi. Po godzinie jazdy jest mi już wszystko jedno czy śpię w szpitalu czy w hosteli.

Już po zdarzeniu. Widzicie moje czerwone, opuchnięte ucho?

Widzicie moje czerwone, opuchnięte ucho i brodę? Agustina mnie pociesza: „Nie myśl o tym zbyt dużo. Po prostu miałeś dzisiaj pecha.”

W tym samym momencie, w którym docieram do szpitala, przyjeżdżają trzy karetki na sygnale. Właśnie przed chwilą miał miejsce jakiś poważny wypadek z udziałem autobusu. Co za dzień. Cała masa poważnie rannych, tłum gapiów, krzyki i płacz. Lekarze nie mają dla mnie czasu. Pielęgniarka każe mi się zarejstrować i czekać, co też czynię… Po trzech godzinach w końcu ktoś mnie wzywa. Znużony, skołowany i obolały podchodzę. Przełożona pielęgniarek pyta co mi jest. Mówię: szerszenie, czternaście użądleń, źle się czuję, boli mnie głowa, już długo tu czekam. Długo czekałeś? – śmieje się, twojemu życiu nic nie zagraża, musisz poczekać dłużej – i odsyła z powrotem. Czuję, że muszę się położyć. Stwierdzam, że minęło już sześć godzin od użądleń, a ja zapaści nie dostałem, więc chyba mogę iść spać – najwyżej taksówką tu wrócę. Po konsultacji z inną pielęgniarką tak czynię.

Augustyna już znalazła najtańszy guesthouse i dała mi cynk. Odnajduję ją i biorę pokój z klimatyzacją. Spłukuję z siebie ten dzień i feromony szerszeni. W łóżku nakładam na siebie na zmianę lek przecihistaminowy i przyjemnie chłodzący tiger balm. Najbardziej boli mnie głowa –  w końcu zaliczyła cztery użądlenia. Połykam tabletki: przeciwbólową i przeciw alergiom. Mija pół godziny i czuję się lepiej. Różne myśli nie dają mi spokoju. Na przykład: jakim cudem jeszcze żyję i normalnie oddycham? Dlaczego opuchlizna nie jest większa? Włączam komputer i się edukuję. Szerszenie nie zostawiają żądeł po ukąszeniu i potrafią użądlić wielokrotnie. Rozmawiam z koleżanką w Polsce. Olga** mówi, że to nie szerszenie, tylko Pszczoły Olbrzymie. Bingo. Giant Honey Bees – Apis Dorsata.

Pszczoła Olbrzymia. Apis Dorsata. https://pl.wikipedia.org/wiki/Pszczo%C5%82a_olbrzymia

O poranku czuję się już wiele lepiej. Postanawiam tygodniową przerwę od pedałowania. Dlaczego pszczoły mnie zaatakowały? Nie wiem. Nic im nie zrobiłem. Gdy się zjawiłem były już nieźle wkurzone. Może ktoś przede mną je zdenerwował? Może straciły królową? Mogę się tylko domyślać. Chwilowo czuję się trochę bzzzdradzony (beetrayed) – boję się nawet much. Jestem jednak pszczołom wdzięczny. Tak jest – wdzięczny. Za to, że w ogóle jeszcze są, a także za to, że nakierowały mnie na aleję adwokatów. Innymi słowy dały mi doniosły głos, abym w końcu mógł powiedzieć Wam historię tych, którzy głosu nie mają.

Każde z nas może pomóc mniejszościom narodowym w Birmie i nie tylko – wszystkim ludziom w opresji (a także pszczołom). Nie bójcie się – nie zamierzam Was namawiać na przelewanie nikomu pieniędzy. Zachęcam Was jedynie do edukacji. Niewiedza i ignorancja to pojęcia często używane zamiennie. Błąd. Dzieli je przepaść. Niewiedza to stan, w którym człowiek nie wie ponieważ nie ma dostępu do źródeł wiedzy, podczas gdy ignorancja to stan, w którym człowiek nie wie ponieważ nie chce wiedzieć. Zwracam te słowa głównie do siebie samego. Przejechałem  przez Birmę z południa na północ nie zdając sobie sprawy, że przez moją nieostrożność mogłem wpędzić kogoś w tarapaty. Zrozumienie tego po fakcie było jak uderzenie w twarz. Przeze mnie? Doświadczonego podróżnika? Ktoś mógł ucierpieć? Otóż mógł i możliwe, że ucierpiał. Pszczoły giną z naszych rąk, za nasze pieniądze. Niby inna bajka, a jednak ta sama.

Mam więc dług wobec Birmańczyków, a Ty, która/y chcesz bez przygotowania odwiedzić Birmę (lub Kambodżę czy jakikolwiek inny reżim) też się zadłużysz. Czytaj więc i pytaj. Jeżeli chodzi o Birmę – powiem Tobie jak odwiedzić ten kraj i upewnić się, że Twoje pieniądze nie wspierają reżimu. Wcześniej zwykłem mawiać, że „ignorancja jest błogosławieństwem”. Dziś wiem, że „naród, który spodziewa się być jednocześnie ignorancki i wolny, spodziewa się tego, czego nigdy nie było i nigdy nie będzie.”***

"My (Siły Zbrojne Mjanmy) nie powinniśmy nigdy zdradzić narodowej sprawy" - głosi szyld przed Pałacem Królewskim w Mandalay, Birmie. Znaczy tyle co "Arbeit macht frei" w Oświęcimiu. Obok Jack, którego dziadek zginął w birmańkim więzieniu.

„Siły Zbrojne Mjanmy (Tatmadaw) nigdy nie powinny zdradzić narodowej sprawy” – głosi szyld przed Pałacem Królewskim w Mandalay, Birmie. Dla tych, których dotyczy znaczy tyle, co „Arbeit macht frei” w Oświęcimiu. Obok Jack, którego dziadek zginął w więzieniu w Birmie.


* Rohingya – muzułmańska grupa etniczna zamieszkująca północną część birmańskiego stanu Arakan, licząca ponad milion osób. Są to głównie rolnicy i rybacy. Ich domy, szkoły i meczety są podpalane, a oni sami prześladowani. Do wybuchu niezadowolenia wobec Rohingya przyczynił się buddyjski mnich, który podróżując po kraju głosił tezy, że muzułmanie spiskują przeciwko buddystom, szykują zamachy terrorystyczne i usiłują przejmować ziemie innowierców. Rohingya jest grupa etniczną uznawaną przez ONZ za jedną z najbardziej prześladowanych mniejszości na świecie.

** Olga Pakina – kierownik produkcji filmów Krystiana Matyska, na przykład Łowcy Miodu (Honey Hunters). Polecam obejrzeć ten doskonały film! Akcja dzieje się w Polsce, Francji, Rosji i Nepalu. Niesamowite zdjęcia, świetny montaż – film nagrodzony Zielonym Oskarem w Brystolu. Film można obejrzeć tutaj.

*** Thomas Jefferson

W tekście opieram się na poniższych źródłach:

  1. Film Dokumentalny Last Line of Defense K.N.L.A.
  2. Artykuł: Andrzej Solak Samotność Ginących (to dziennik narodowo-radykalny, więc zweryfikowałem i zmieniłem wiele informacji)
  3. Artykuł: Niewiedza czy Ignorancja?

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>